a.d. 1212

De conventum in Calisia

Wśród rozlicznych przygód, których pan Krzysztof zaznał, nie było takowej, w której by cnoty męstwa, rycerzowi prawemu przyrodzonej, nie okazał, a zdarzały się i takie, w których nieledwie życiem męstwo swe przypłacił, teraz wszelako opowiem o takowej przygodzie, w której to dla przedziwnego fortuny zrządzenia mało brakło, by śmierć niesławnie z ręki swoich druhów poniósł, przed czym szczęśliwie Pan Bóg uchronić go raczył.

Był 10 dzień miesiąca marca Roku Pańskiego 1212, gdy Jaktor ze Skarżyna, pan na grodzie w Kaliszu, rozesłał wieści do rycerzy i możnych ze wszystkich skrawków rozbitego na dzielnice Królestwa, aby przybyli na wielkie wydarzenie, którego on sam miał być gospodarzem. Oto w Kaliszu miał odbyć się podczas wielkiego jarmarku zjazd znaczny i pokojowe obrady skłóconych ze sobą możnowładców, którzy, zmęczeni nieustannymi bitwy, postanowili pokój choć na czas jakiś zawrzeć, a zarazem księciu na Krakowie, który o pomoc prosił, lojalność i wsparcie swe okazać, a to wystawiając huf zbrojnych i wybierając najbardziej doświadczonego wojownika i dowódcę, czy to przez consensus, czy też w szrankach w honorowej walce, który by objął dowództwo nad onym zbrojnym zastępem, wspomóc mającym księcia krakowskiego w jego zmaganiach ze schizmatykami, tedy wielmoże owi sami lubo w osobach swych posłów w Kaliszu się stawić mieli. Zjazd zaś ten w kaliskim grodzie odbyć się miał 27 dnia miesiąca lipca, Roku Pańskiego 1212.

Pan nasz, Krzyśko z Łomżyńca, postanowił wyruszyć do Kalisza, by takoż wziąć udział w tym ważnym wydarzeniu. Gdy nadszedł czas, udał się tedy w podróż wraz ze swym zaufanym sojusznikiem, Gotardem ze Służewa, który w imieniu księcia Konrada musiał na zjazd pospieszać. Panu naszemu towarzyszył poczet jego zbrojnych, Paweł ze Żbikowa, Krzyśko z Chomiczowa, Marcin z Osówka i Tomasz ze Śląska, a także damy, Anna z Poznania, Barbara z Kielc, Joanna z Wrocławia oraz Joanna z Jeziorny, chwilowo pod opieką naszego pana pozostająca. Pana Andrzeja z nami nie było, albowiem komesem go pan Krzyśko na łomżyńskim grodzie ostawił by obronności nie zaniedbać. Gotardowych ludzi prowadził zaś jego wierny wojownik i zaufany doradca, Izbor.

Po długiej podróży dotarliśmy do grodu pana Jaktora ze Skarżyna. Okolica nie była bezpieczna. Groźne, zbrojne bandy, które w tych mrocznych czasach gdy możni miast porządek w kraju utrzymywać przeciw sobie oręż zwrócili, rozpleniły się znacznie, tak że wielki wzbudzały postrach w okolicy, napadały na podróżnych, grabiły i paliły odosobnione domostwa. Za bramą grodu znaleźliśmy jednak bezpieczne schronienie, ciepłą strawę i serdeczną gościnność pana Jaktora. Na zjazd przybył również śląski rycerz Piotr herbu Grzymała, towarzyszyli mu zaś rycerze Zakonu Świątyni, którymi dowodził Krzysztof z Kujaw oraz słynący z wielkiej pobożności Max von Trier, wyznaczony by w przyszłości objąć funkcję komandora. Przybyć również mieli słynący z waleczności rycerze z ziemi krakowskiej, Marcin ze Szreniawy i Tomasz z Niedźwiedzia, ci jednakże choć o rychłym przybyciu posłańcem uprzedzili, nie dotarli do grodu. Wielu przypuszczało że padli ofiarą zbrojnej bandy, której przewadze mogli ulec, alboli zwalczaniem zbójców zajęci zapędzili się za nimi w jakoweś ostępy, gdyż pachołkowie na spotkanie im posłani z niczym wrócili.

Gdy zapadł zmrok, pan Jaktor ze Skarżyna oznajmił że musi z nieliczną grupą zbrojnych opuścić gród by eskortować orszak swej małżonki, który następnego dnia miał ku Kaliszowi zjechać. Przestrzegł nas przed zbrojnymi bandami, które mogły jak mniemał posunąć się nawet do ataku na gród, powziął bowiem od człeka pewnego wieści, iże chcą napaść na Kalisz, był więc rozdarty na dwoje, nie chcąc grodu opuszczać a zarazem pragnąc ku eskorcie damy swej i jej panien pospieszyć. Chcąc odwdzięczyć się za gościnę, stanęliśmy zbrojnie na straży by bronić włości pana Jaktora, on sam zaś by mógł spokojnie swej małżonki na spotkanie pojechać. Oddalił się tedy rychło ze swą drużyną, dowodzenie powierzając Piotrowi herbu Grzymała, czym wzbudził z początku niezadowolenie stronnictwa mazowieckich rycerzy. Nie czas to był jednak na niesnaski, gdyż czekało nas trwanie na straży do samego świtu, tedy pan nasz, Krzyśko, wszelkich kłótni nam zakazał a nas samych choć zdrożonych na wały wezwał, sam wraz z panem Gotardem i Izborem przykład dając. Tedyśmy zajęli wieżę bramną, Piotr herbu Grzymała i Templariusze zasię obserwowali okolicę z donżonu, insi przyjezdni poobsadzali wały, zaś drogi pomiędzy domostwami patrolowały nieliczne, pozostałe w grodzie, oddziały pocztu Jaktora ze Skarżyna. I tak czuwaliśmy, bacznie obserwując okrytą mrokiem okolicę, wsłuchując się w niepokojące odgłosy nocnych zjaw, które budzą w sercach trwogę gdy ciemności nocy okrywają ziemię.

Po wielu godzinach bezowocnego trwania na straży poczęło nas ogarniać znużenie. Lecz oto naraz Izbor dostrzegł w przesiece blask księżyca odbijający się od hełmów, mieczy, grotów włóczni - oto do grodu zbliżała się silna, zbrojna grupa, do walki gotowa! Zerwaliśmy się z miejsc i wszczęliśmy alarm. Wiedząc zaś o zamierzonej zbójeckiej napaści aniśmy nadchodzących okrzyknęli kto zacz, jeno od razu strzałami z wałów w nich sypnęli. Nim jednak oddziały Templariuszy przybyły z donżonu z pomocą, wrogowie wyważyli bramę grodu i osaczyli nas w wieży bramnej. Stanęliśmy tedy murem w wejściach do wieży, odpierając ataki wrogów i czekając aż nadejdzie pomoc Piotra Grzymały. Gdy zastęp Rycerzy Świątyni przybył z odsieczą, wrogowie odstąpili od wieży i poczęli się powoli cofać. Wybiegliśmy tedy na majdan i uderzyliśmy na zbrojną bandę. Pan nasz Krzyśko z Łomżyńca runął z furią na ich przywódcę, w tejże jednak chwili potknąwszy się został na ziemię powalony i wzięty żywcem przez jego ludzi.

Z jakimż zdumieniem, zatrzymawszy się wtedy na chwilę wahania, rozpoznaliśmy naraz w ciemnościach naszych wrogów, oni zaś nas! Ich przywódcą okazał się rycerz Bolesław z Kalisza, przyjaciel i towarzysz broni pana Jatora ze Skarżyna. Uwolnił on zaraz pana Krzyśka z Łomżyńca spod ostrza miecza i przeprosił za tak haniebną pomyłkę. Od słowa do słowa wszystko się wyjaśniło. Powracał oto Bolesław do grodu wraz ze swym zastępem zbrojnych, kiedy to zbójeckich czatowników na trakcie napotkawszy, akuratnie tak jakeśmy się ich spodziewali, żywcem ich pobrawszy zaraz na spytki wziąć kazał, zaczym wywiedziawszy się o zamierzonym na gród napadzie reszty ich kamratów pod wodzą herszta, co niegdyś u pana Jaktora służył a potem do zbójów przystał i gród znał jak własną kiesę, co sił w nogach ku Kaliszowi pospieszył do boju się sposobiąc. Gdy zaś dostrzegł na wałach tak wielu uzbrojonych mężów, w barwach różnych od jaktorowej bieli, a których dla ciemności dokładniej rozeznać nie zdołał, wziął nas za bandę która widno już gród zajęła, tedy chcąc chwilę zaskoczenia wykorzystać, przypuścił z miejsca atak. Mało więc brakowało abyśmy się wzajem powybijali, szczęśliwie jednak żaden ze zbrojnych nie postradał życia w bratobójczej walce, którą tak rychło przerwano, choć wielu było poturbowanych i obolałych.

Wśród przybyłych z Bolesławem oddziałów odnaleźli się także rycerze Marcin ze Szreniawy i Tomasz z Niedźwiedzia ze swymi pocztami, o których to rozeszły się plotki że zaginęli, stając się ofiarami zbrojnej bandy.

Wybici całkiem ze snu, zasiedliśmy więc wspólnie do stołów, pochłonięci rozmową o wielu wydarzeniach z odległych zakątków rozbitego na dzielnice Królestwa. Zbrojne warty wciąż jednak trwały na straży, obserwując co jakiś czas z niepokojem skrytą w ciemnościach, nieprzyjazną okolicę, nie wiedząc tego, co później się okazało, mianowicie iż ów dowodzący bandą renegat, zasłyszawszy o przybyciu na gród tak licznej grupy zbrojnych, nie dość że od napaści odstąpił, to jeszcze sam w strachu czym prędzej ku gęstym lasom na wschód rozłożonym pociągnął i przepadł w nich, a nie dał znaku życia aż na drugi rok.

Dopiero gdy nastał świt, powrócił do grodu pan Jaktor ze Skarżyna, wraz ze swą czcigodną małżonką, a potem ludność okoliczna na podgrodzie na zapowiedziany jarmark zjeżdżać się poczęła. Gorący, letni dzień upływał nam na dyplomatycznych rozmowach, omawianiu wielu politycznych wydarzeń, poznawaniu nowych sojuszników, lub być może w przyszłości, przeciwników, oraz podziwianiu przemyślnych umocnień kaliskiego grodu, a po sutym obiedzie wszyscy zgodnie wychwalali wielką gościnność znakomitego gospodarza jakim się okazywał dowodnie imć Jaktor.

Późnym popołudniem nastał czas by wybrać najlepszego wojownika i dowódcę, godnego by objąć dowodzenie nad zbrojnym oddziałem, który miał wspomóc księcia krakowskiego. Że zaś nie było zgody co do osoby, przeto rycerze, wraz ze swymi przybocznymi, mieli stanąć do walki której celem było powalenie przeciwnika, nie zaś uśmiercenie go. Zmagano się zaś na otwartym polu, gdzie walczący mieli wyłonić dwóch najlepszych i najsprawniejszych wojowników. Następnie ci dwaj zwycięzcy otrzymali pod swe rozkazy pozostałych zbrojnych i mieli wykazać się umiejętnościami dowodzenia w walkach o wieżę.

Nie będę się tu rozpisywać o wszystkich walkach, które stoczono, powiem tyle że wszystkich prześcignął niezrównany w fortelach i sile rycerz, imiennik naszego pana, Krzysztof, z kujawskiej ziemi pochodzący, i on to później, we trzy niedziele, gdy tylko resztę ludzi w Kaliszu zebrano, poprowadził huf ku południowi.

Tymczasem zaś gdy turnieje zakończono, po raz pierwszy od chwili przyjazdu mogliśmy nareszcie bezpiecznie pancerze a kaftany zdjąć i wygody a odpoczynku zakosztować. Wieczorem bowiem pan Jaktor ze Skarżyna znów wielką ucztę wyprawił, na którą wszystkich nie wyłączając pośledniejszych milites zaprosił, przy czym po raz kolejny zaskoczył gości swymi talenty i swą hojnością nie mniej niźli bogactwem grodu. Stoły uginały się od wyśmienitego jadła i dobrego wina. Wśród gwaru, radości i zachwytu nad gościnnością gospodarza ucztowano do późnej nocy. Nawet skłócone ze sobą od lat stronnictwa puściły na ten czas w niepamięć wrogość i urazy, ciesząc się z dobrego omenu, rycerze i pachołkowie podochoceni zapomnieli niedawnych cięgów, co je od siebie wzajem wzięli, i pospołu siedzieli a przepijali do siebie, Krakowianie z Mazowszanami a Wielkopolanie z poddanymi śląskiego księcia - pamiętając jednak że być może już wkrótce przyjdzie im stawać naprzeciw siebie w krwawych bitwach, choć bowiem prości wojownicy i rycerze wszystkich frakcji nabrali do siebie znacznego szacunku po wydarzeniach onych dni, jednakowoż rady wielmożów po uchwaleniu wysłania wspólnego kontyngentu do Krakowa stanęły w miejscu, na trudniejsze termina natrafiwszy, za czym koniec końców spełzły niemalże na niczym i jeno na krótki czas rozejmem zawartym, miast trwałego pokoju, ziemie nasze musiały się kontentować.

Wracaliśmy wszelako do łomżyńskiego grodu z lżejszym sercem niż wprzódy, radując się że się ta przygoda dobrze dla wszystkich zakończyła, a takoż z pięknej sierpniowej pogody, i żałując jeno iż tak krótko mogliśmy przebywać z druhami z innych księstw, z których wielu bardzo nam przypadło do serca. I tak też koniec końców święty Krzysztof, patron naszego pana, jego i nas wszystkich mimo wszelakich przeciwności do dom szczęśliwie doprowadził.

Jędrzej z Żelkowa