a.d. 1211

De peregrinatio in Mazovia

Zdarzyło się razu pewnego, a było to w roku tysiąc dwieście jedenastym, że nasz książę biskup płocki, Gedko zwan Powałą, zamyślił na dzień świętego Bruno z Kwerfurtu pielgrzymów z Ziemi Płockiej do grobu tegoż świętego wysłać, a że iść musieli starym traktem kupieckim przez puszcze Zagajnicy i Czerwonego Boru, tedy do księcia Konrada o przewodników się zwrócił i zbrojną eskortę, ten zaś pana Krzysztofa mu wskazał. Pan Krzysztof zaś tym chętniej się tego podjął iż z jego dworu i grodu a okolicznych osad takoż garść pątników się zebrała, pragnących do grobu świętego Bruno peregrynować. Wyruszył tedy na spotkanie z onymi wędrowcami pan Krzysztof ze swymi ludźmi i rychło na miejsce przez kurierów umówione przybył, gdzie od bezpiecznego i strzeżonego traktu kupieckiego droga ku świętemu miejscu w lasach nieprzebytych ukrytemu odbiegała.

Takoż dwiema dniami przed świętem, w miejscu tym, u karczmy książęcej, która na samym rozdrożu dla usługi kupców i pątników postawiona była, pielgrzymi z odległych stron przybywający gromadzić się poczęli, w największej zaś liczbie z Ziemi Krakowskiej. A byli tam też Szpitalnicy z kilku śląskich i małopolskich komandorii wraz z Rycerzami Templum to jest Świątyni, tymi samymi którzy teraz osiedli w Klein Olsen, co się tłumaczy: Oleśnica Mała, w Ziemi Śląskiej, z Niemiec przez księcia śląskiego Henryka zaproszeni, podówczas z naszym księciem Konradem jeszcze w przyjaznych stosunkach pozostającego, a których biskup tameczny, Wincenty zwan Kadłubkiem, pątnikom z Krakowa idącym dla ochrony przydał.

Kiedyśmy więc z panem naszym Krzysztofem na miejsce przybyli, tamci wyszli nam na powitanie i grzecznie z nami rozmawiali, skutkiem czego postanowiono wraz z zakonnym rycerstwem wspólnym, obronnym się na pobliskiej polanie obozem rozłożyć. Ledwie jednak tak uczyniliśmy, a zaraz wszyscy pątnicy poczęli się na to samo miejsce schodzić a namioty swe wedle naszych rozstawiać, dla bliskości pogańskich ziem i czyhających pono na leśnym trakcie zbójów bezpieczniej się w asyście zbrojnych czując, a że toż samo kolejni przybywający czynili, obóz rozrósł się potężnie, nie w takim porządku jednak, jakiego byśmy sobie życzyli, więcej też niewiast i nierycerskiego luda w nim było niźli zbrojnych, przeto aż do zmierzchu nie mogliśmy zasiekiem go opasać ni zliczyć ilu ludzi pod naszą opieką pozostaje.

W czasie gdy się więc insi pielgrzymi na to miejsce schodzili, pan nasz Krzysztof społem z panem Andrzejem, którego funkcją oboźnego obarczył, w konsensusie z komandorami rycerzy-mnichów z obu zgromadzeń niezbędne ku obozu obronie prace zarządził. Wszelako jako się rzekło dla mnogości ludu i pomęczenia drogą szły one dość wolno a tymczasem miało miejsce kilka zdarzeń zaiste niefortunnych. Okazało się bowiem że przebywał tam w pobliżu jeden z ruskich kniaziów, Jaromir, ze swą drużyną. Nie wiedząc o tym kilkoro zapóźnionych pielgrzymów ku nam na nocleg dążących a potem i nasi zakonni milites pana Boguty z obozu na zwiad posłani wpadli na kniaziowych ludzi i doszło tam dla pochopności jednych i drugich do jakowegoś nieszczęsnego krwi rozlewu. Rusini zaraz kniaziowi o tym zajściu donieśli, a że uważał on te ziemie za jego rodowi należne, tedy wielce oburzony naszym jako nieproszonych gości przybyciem i uważając incydenta one za celową napaść, nie mieszkając wiele ku naszemu obozowisku się wyprawił, gdzie w nieświadomości wszystkiego co zaszło szykowano się do snu lub dla wielkiego upału w samej koszuli pracując kończono ciesielskie roboty i jeno warta pod bronią stała.

Niespodziewanie tedy, gdy wieczorna łuna już gasła na niebie, woje ruscy ku nam się podkradli i kupą wielką z lasu wypadłszy do naszego obozu wleźli, wartowników pobiwszy pielgrzymów poturbowali, za czym szkód wiele inszych poczyniwszy, powywracawszy namioty a pogasiwszy ogniska, pobrali co im w rękę wpadło i ku sobie wrócili, rozmawiać z nikim wcale nie chcąc. Wielce nas tym skonfundowali a strat przysporzyli i choć w opiekę naszego Pana i Zbawiciela i Jego Apostołów a takoż świętego Bruno nie wątpiliśmy, przecie duch w nas znacznie upadł, wiadomym bowiem się stało że bez przeszkód celu nie dojdziemy i niejedna jeszcze zła sprawa przygodzić nam się może. Wszelako wierni naszemu Panu i Zbawicielowi, który przecie sam przez okrutnych nieprzyjaciół udręczony życie za nas oddał i w swoje ślady iść nam nakazał, przygotowani jeśli taka będzie wola boska na śmierć męczeńską, postanowiliśmy śluby nasze wypełnić i do grobu świętego Bruno na święta przybyć, był to bowiem piątek wieczór i nie było już dość czasu aby ziemie nieprzyjaciół naszych omijać i bezpieczniejszego północnego szlaku, którym liczni pielgrzymi z Pomorza iść mieli, próbować.

Zanim jednak w dzień sobotni zdołaliśmy przysposobić się do drogi, zaszło niespodziewane zdarzenie, które wielce nas zdumiało. Gdyśmy bowiem do jutrzni się właśnie szykowali, naraz na trakcie ukazało się kilku dziwnie odzianych rosłych mężów w wysokich jako dach na wieży czapkach, z łukami i krzywymi szablami, którzy znaki czynili jakoby z nami rozmawiać chcieli. W nichże kilkoro naszych, którzy bywali drzewiej w Kijowie, rozpoznało Kumanów, zwanych też zwłaszcza na Rusi Płowcami lub Połowcami dla swych jasnych włosów; jeźdźców zawołanych, którzy na stepach szerokich ku wschodowi rozciągnionych w mnogości wielkiej siedząc, z dawna z Rusią w niepewnym pokoju pozostają, co raz to rozejmy zawierając to znów je łamiąc. Tak daleko na zachód wszelako nigdy dotąd się nie wyprawiali. Nie mogąc zrozumieć czego szukają na naszych ziemiach pan Krzysztof wziąwszy dla bezpieczności kilku ludzi pod bronią samoszóst się ku nim wyprawił, tam zaś na samej drodze siedli i długo gadali. Z tego co nam potem doniesiono poselstwem od Chana się mienili, któren władcą jest nad plemionami stepowymi, wszelako choć tłumacz naszego języka dobrze nie znający niewiele w rozmowie pomógł, wymiarkowaliśmy iż oddział to więcej na przeszpiegi wysłany aniżeli prawe poselstwo. Mimo to nie znając dokładnie zamiarów ich, a kłopotów nie pragnąc, rozstaliśmy się z nimi w przyjaźni wymieniwszy podarki, zaczym tamci wskoczyli szybko na swe małorosłe wierzchowce, z pyska do mułów więcej niż do dobrych koni podobniejsze, i w leśnej przepadli głuszy.

Ledwie jednak pan Krzysztof do obozowiska powrócił, gdy naprzeciw nam wyszła z lasu gromada Rusinów i Sudzinów powiewając zieloną dębową gałęzią na znak pokoju, a byli to ludzie pomienionego kniazia Jaromira, który wczoraj z wieczora na nas napadł, i on sam między nimi, żądając rozmowy. Drugie tedy poselstwo przyszło panu Krzysztofowi przyjąć i rokowania wieść, tym razem w samym obozie naszym, których wszyscyśmy byli świadkami. Jeno po prawdzie choć tym razem zrozumieć się nam było nietrudno, tamci bowiem polską mowę znali nie gorzej niż my, na pograniczu siedzący, ich ruską znamy, wszelako z rokowań mniej wynikło niż ze spotkania z tamtymi przybyszami z Tartarii. Albowiem jaromirowi ludzie, chełpiąc się ze swego wczorajszego zwycięstwa nad nami, pomoc przeciw tamtym poganom i ochronę nam zaproponowali, jeśli grosza im nie poskąpimy, gdy sami mieli czelność z równie pogańskimi pruskimi saracenami ku nam przybyć i w jednym kręgu rady z nami ich posadzić, z owymi obmierzłymi, tkwiącymi w grzechach saladynistami, wrogami wiary świętej i najhaniebniejszymi bałwochwalcami, co słuszny gniew nasz ku nim wzbudziło, gdy zaś na domiar swej obmierzłości dufni w swą siłę poczęli nam suponować iż Boga się nie boimy ich pomocy nie przyjmując, jużeśmy ledwie zdzierżyli. Oni zaś na tym nie poprzestając w twarz panu Krzyśkowi garść trawy rzucili kpiąc żeśmy sami jako trawa i nie ostoimy się przed ich mocą. Za taką zuchwałość warto byłoby onych posłów niegodnych obwiesić, wszelako pan Krzyśko strzymał, czym dał wyraz swej nadzwyczajnej siły ducha, a onemu watażce godnie odrzekł, iż to Rusini właśnie są jako trawa na wiatr rzucona, lecą bowiem tam kędy wiatr powieje, nie im tedy nas osądzać i o Bożych sprawach pouczać. Prawda bowiem, że w swych sojuszach nigdy nie byli stali, zaś gdy ich Połowcy a w późniejszych latach mongolscy najezdnicy naciskali, zaraz im trybut płacić spieszyli, a bywało że się z pogany zbratawszy, krew bratnią chrześcijańską ramię w ramię z onymi diabłami wcielonymi jechali przelewać. Na takie dictum tamci poczęli spode łba patrzeć a za szable chwytać, jeno że ich garść przeciw nam wszystkim była, pomiarkowali się i tylko powstawszy kopnęli stołki i na ziemię splunęli, a gałęź swoją cisnąwszy, precz poszli.

Wiedząc tedy, że w nieprzyjaźni pozostając, będą niechybnie Rusowie wstręty nam czynić, pan nasz Krzysztof wszystkich, których zdołał, pod broń postawił i gdy tylko słońce z nieboskłonu schodzić poczęło a skwar południowy osłabł nieco, mając na przedzie i na tyłach silną eskortę, ubezpieczonym pochodem z obozu wyruszyliśmy, i minąwszy karczmę w leśną skręciliśmy drogę, z modlitwą na ustach i w potężne przez brata Helmricha zaopatrzeni relikwie, lecz mimo to z sercem niespokojnym.

Niewiele pacierzy zdążyliśmy jednak odmówić, gdy cały pochód zatrzymać się musiał. Ujrzeliśmy bowiem zwalone w poprzek ścieżki drzewo, naciętymi gałęźmi jeszcze narzucane, widno ludzką ręką, w czym jawną groźbę odczytaliśmy. Choć zaś eskorta pilnie przepatrywała zarośla i nikogo nie zoczyła, przecie pewni byliśmy że nieprzyjaciel nasz obserwuje nas z ukrycia i baczy co uczynimy. Pan Krzysztof rozkazał jednak zasiek rozwalić, tedy odsunąwszy kłodę na bok, gęsiego wyminęliśmy przeszkodę i ruszyliśmy dalej. Lęk jednak zakradł się w nasze serca, bo pojęliśmy jak trudno będzie nam się od nieprzyjaciela obronić, jeśli istotnie w zasadzce podobnej zalegnie i z ukrycia razić nas zechce. Nie uszliśmy zaś daleko, gdy na drugą przeszkodę natrafiliśmy, którą tak samo obejść nam przyszło. Za trzecim razem zasię ścieżkę, która w tym miejscu w dół opadając, nieco się rozszerzała, znaleźliśmy całkiem zawaloną pniami i gałęźmi, a za oną barykadą stał nie kto inny jak sam Jaromir kniaź ze swym wojskiem.

Długo staliśmy wpatrzeni w ten widok ważąc nasze siły i Panu Bogu polecając się w nadchodzących terminach, aż wreszcie pan Krzysztof zeszedł ku nim raz jeszcze paktów popróbować, rozkazując nam czekać na siebie i ze wzgórza nie schodzić. Gadać z nim jednak kniaź ni jego woje nie chcieli, a widzieliśmy jeno jak mu niecierpliwymi gestami kierunek wskazują w boczną ścieżynkę, nakazując widocznie przez jakoweś bagna i chaszcze obejść wokoło ich ziemie, a o ustąpieniu drogi nawet mowy nie było. Kiedy jednak pan Krzysztof, czując że nieszczerość jakowąś nam tu szykują, nie chciał się na to zgodzić i straż swą przednią na pomoc skrzyknął, na znak dany zza zawaliska i spomiędzy drzew mrowie kniaziowych na drogę wyległo i poczęli do walki w linię stawać. Cała eskorta tedy ku nim podskoczyła, nakazując niezbrojnym pątnikom na drodze pozostać, i byliby ich roznieśli, gdy naraz z lasu sypnęły się strzały a z przesieki po prawej stronie wzgórza druga kupa zdradzieckich Rusinów i Prusów wprost na pielgrzymów wypadła. Pątnicy ledwie mieli czas do ucieczki się rzucić, a i tego nie wszyscy zdołali dokonać, tamci zaś tylną straż rychło rozbiwszy na pomoc swym pobratymcom walczącym z awangardą się rzucili, a tak mężnie stających rycerzy-mnichów otoczywszy, gradem razów ich zasypali, ciosami maczug i toporów wszystkich wybili lubo ogłuszonymi położyli, nie bacząc na to że i ich samych wielu padło, a zabrawszy jeńców, w tej liczbie samego pana Krzysztofa i mężnego Marcina z Ostrówka, który dnia tego tylnej straży przewodził, i pielgrzymów kilkoro, ku swym leżom spiesznie powrócili. Ostawili jednak kilku ludzi, by swoim rany obwiązali a broń porzuconą wyzbierali, tedy wszyscyśmy - i lżej ranni zbrojni co do przytomności przyszli, i kilkoro pątników przyczajonych między ciałami, między którymi i ja byłem - musieli leżeć nie śmiejąc ani tchnąć by nas w pęta nie wzięto lub nie dobito.

Ciężkie godziny niewoli tedy przeżył nasz pan Krzysztof u Rusinów, którzy choć więzami go nie krępowali na słowo rycerskie jeńcem go trzymając, przecie tak samo jak podczas porannego posłowania naigrawali się z niego i innych uwięzionych, za nic święty cel naszej peregrynacyji mając, a nawet prześmiewczo chrzest na grecką modłę im ordynując a bluźniąc iż nasz rzymski nic nie wart. Cały czas też naszą słabość wyszydzali, sami zasię chełpiąc się niepomiernie, a najwięcej Jaromir, którego później Bóg za takową pychę słusznie pokarał. Na koniec gdy się przekonali że ci co ocaleli dalszej pąci odstąpiwszy do obozu uszli, nasyciwszy się tym a od rycerzy wziąwszy słowo że okup wyznaczony za siebie dadzą, co radzi nieradzi uczynić musieli, puścili jeńców wolno każąc im do nocy precz ze swej ziemi się wynosić.

Na odnalezieniu tych co uciekli i zabłąkali się w puszczy, znoszeniu do obozu i opatrywaniu rannych a pochowaniu zabitych zeszedł nam czas do wieczora. Wielce zasmuceni i zmęczeni pozostaliśmy więc tego dnia w obozie odmawiając in privato modlitwy za zmarłych gdyż nie było wśród nas kapłana, który by w ich intencji odprawił requiem i mszę świętą. Wszelako ledwie pan Krzysztof z inszymi do nas powrócił, zaraz też naradziwszy się z komandorami, o odstąpieniu od świętego celu ani myśląc kazał obóz mocniej jeszcze fortyfikować, szykować liny, strzały i wszelaki sprzęt wojenny, a nam, pielgrzymom, modły odprawiać za pomyślność obrony. Wiedział bowiem że Rusini kiedy obaczą iż celu nie poniechamy a uciekać nie myślimy, na obóz nasz rychło napadną, tusząc iże dwa razy bez trudu siłą nas zwyciężywszy także i trzeci raz łacno nas pokonają, zaczym w łyka pobiorą lubo do odwrotu ostatecznie przymuszą.

I tak też uczynili. Zanim słońce zeszło za las, przybiegli zwiadowcy, oznajmując iż nieprzyjaciel nadchodzi. Po chwili drogą od strony karczmy i z lasu przez wiatrołom pełen wykrotów naprzeciw obozu położony poczęli się wysypywać woje kniaziowi. Gotowiśmy byli na ich przybycie i wszyscy zbrojni za mocnym zasiekiem w linii stali, a pachołcy i pątnicy, który miał siłę na nogach ustać, ten dzierżył w garści to łuk, to pałkę, a jednak przywitaliśmy ich pełni powagi, gdyż mrowie ich było i wynik starcia niepewnym był widomie. Bez zbędnych słów tedy wszyscy przeżegnawszy się wyciągnęli miecze i unieśli tarcze bo wrogie strzały już ze świstem poczęły przelatywać mimo. Mocna linia zasieku wspartego na kozłach i tęgo związanego sznurami dobrze nas od tej strony chroniła, ale Jaromirowi ludzie przynieśli ze sobą liny i haki i po wielu próbach zdołali część onych instalacyj przewrócić i rozwłóczyć, musieli tedy nasi własną piersią wyrwę tę załatać jeśli mieliśmy się obronić. Stanąwszy murem jak we wrotach i tarcze złączywszy przechód zamknęli lecz zaraz naprzeciw nim wyskoczyła w dwie linie uszykowana piechota ruska i rozgorzała sroga walka. Miecze cięły kaftany, szable zgrzytały po kolczugach, łomotały po tarczach buławy a topory z brzękiem kruszyły hełmy, wokoło zaś świszczały strzały i oszczepy, i co raz któryś z wojowników walił się ciężko na murawę zroszoną potem i krwią. Nie ustąpili jednak ni piędzi, choć ledwie kilku ostało całych i nieporanionych, przeciwnik nasz jednak także stracił animusz i począł szukać jakiego obejścia by przez gąszcz leśny chyłkiem się przedrzeć i z flanki obóz zaatakować, tak że rychło walka rozgorzała także i na skrzydłach, straże bowiem czuwały i nie wpuściły nieprzyjaciół cichcem na majdan. Jednakże ludzi jaromirowych było więcej niżeli naszych i szala zwycięstwa poczęła nieubłaganie chylić się na ich stronę, kiedy naraz na drodze rozległ się szybki tętent i z wzgórza wypadła gromadka jeźdźców potrząsających włóczniami, w której rozpoznaliśmy onych Połowców, którzy o świcie ku nam przybyli. Struchleliśmy widząc że szeregi pogan jeszcze tym sposobem wzrosły, jednak to co się wonczas dziać poczęło, zaskoczyło i nas, i Rusów, albowiem skoro tylko znaleźli się tam gdzie gorzał bój, za plecami jaromirowych ludzi, którzy chyba całkiem zaślepieni nie spostrzegli ich albo ich zamiarów nie odgadli, szabli dobywszy poczęli ciąć raźno ruskie karki, tak że w mig przesiekę od nieprzyjaciół oswobodzili. Jeszcze kilku łuczników próbowało strzały posyłać ale i w tej materii nie dostawali oni Kumanom, z których każdy przy pasie krótki łuk z nałożoną cięciwą obnosił i umiał z niego bić mocno a celnie, toteż rychło jeśli jeszcze jacyś ostali się cało, do ucieczki się przez las rzucili, wyjąc i przeklinając nas a odgrażając się że wszak nie wszystko ich wojsko z kniaziem jeszcze tu przyszło, że rychło z posiłkami tu wrócą a wtedy i z nas, i z Kumanów żywa noga nie ujdzie.

Niepomiernie nas zdziwiło czemu naszą stronę ci dziwni przybysze w boju wzięli, sami jednak zaspokoili zaraz naszą ciekawość, bo ich przywódca rzeknął nam, co tłumacz jako umiał przełożył, iż Rusowie, ku którym takoż jak i ku nam przed południem byli posłowali, nie tylko poselstwo ich zlekceważyli, ale nieszlachetnie na ich obóz napadli i złupili ich, właśnie jako prawi zbóje, a nie ziemi tej właściciele, czym zaskarbili sobie nienawiść i ściągnęli na swe głowy zemstę chanowych posłańców. I tak to nieszczerość i chciwość Rusów do klęski ich przywiodła. Postanowili bowiem owi Połowcy tej nocy w naszym obozie za zgodą naszą pozostać i skoro kniaź uparł się go zdobywać jeszcze więcej mu przy tej sposobności dopiec. Pan Krzysztof jednak, choć rad był im wielce, pierwej nim się zgodził na to, komandorów spytał czyli zakonni nie będą mieć nic przeciw temu by obok takowych gości w szeregu stanąć i czy godzi się od pogan pomoc przyjmować. Brat Christoph z początku był przeciwny, a brat Boguta takoż się zawahał, lecz był wśród Szpitalników brat jeden młody, który znał ich bliżej, przebywając u nich łońskiego roku miesięcy dwa jeńcem w niewoli i ten o głos poprosiwszy starszych, rzekł nam iż plemię to, inaczej niż Prusowie i insi Saraceni, bałwanów nie stawia i czci im nie oddaje, a kłania się jeno niebu, które jest podnóżkiem tronu Boga Jedynego, a takoż słońcu i pomniejszym żywiołom, które, jak i my wszak wierzymy, są Jego sługami i posłańcami jego woli, nie są oni tedy przyrodzonymi Chrystusa i Kościoła nieprzyjaciółmi jako tamci saladyniści i bałwochwalcy, a jedynie jako dzieci co pełnej wiary jeszcze nie znają, choć ją przeczuwają. Gdy zaś w tym samym czasie tłumacz uwiadomił tamtych, kto my zacz i że ku pochówkowi świętego Bruno spieszymy, oni głowami kiwać poczęli i pokazywać widomie że znają go i poważają, a nawet wiedzą w której stronie grób jego leży, co nas jeszcze bardziej zdumiało. Później nam dopiero tę rzecz wyjaśnił opat białych mnichów, święty Bruno bowiem przed śmiercią z rąk Prusów dotarł był aż do ich siedzib i próbował ochrzcić to plemię, te plany jego jednak los pokrzyżował, tak iż niewielu tylko i na krótki czas i wiarę naszą przyjęli, na długie lata jednak zapamiętali go jako dobrego i mądrego człeka. Tymczasem jednak na zbytnie rozważania nie było czasu. Koniec końców komandorzy zgodę wyrazili, a w całym obozie powszechnie i z radością przyjęto pomoc Połowców, bowiem wielu ludzi straciliśmy i w nadchodzącym starciu każda para rąk była na wagę złota. A okazało się to zaraz, bowiem ledwie zdążyliśmy ogarnąć pobojowisko, trupy na bok pościągać i zasiek jako tako ustawić, już las wokoło rozbrzmiał pohukiwaniem i okrzykami a zaraz kolejne watahy ruskich wojów i Sudzinów poczęły na polanę spomiędzy drzew wybiegać.

I znów zadźwięczały cięciwy i zahuczały topory i rozgorzał bój na nowo, bój na śmierć i życie. Jeno tym razem łucznicy nasi ramię w ramię z połowieckimi dali lepszy popis i rusińskich łuczników wybili lub z pola zepchnęli, lepiej też broniliśmy zasieku, tak, że nie udało się go wojom Jaromira tak jak poprzednio zepsuć. Ten jednak, zaślepiony złością i pychą, miast odstąpić w porę, z uporem parł naprzód. Widząc zaś nieskuteczność walki o zasiek, pchnął całe swe odwody i łuczników na skrzydło aby na nas z flanki uderzyć, oskrzydlić i otoczyć, z prawej strony uderzając przez las, tam, gdzie jego zwiadowcy donieśli iż umocnienia obozowe były słabsze. I byłby nas może pokonał, gdyby nasi wodzowie kroku takowego nie przewidzieli i nic na swą obronę nie mieli. Tak zaś, gdy tylko Rusini obrócili się frontem ku obozowi i naprzód pierwsze kroki dali, zza krzewów sypnęły się strzały i z lasu za ich plecami runęli na nich kupą lekkozbrojni, w gąszczu leśnym aż do tej pory ukryci. Gwałtownie a krótko się starli i ni żywa noga nie uszła z tej rzezi, prócz tych niewielu co się na czas poddali, a których potem Kumanom w jasyr oddano. Nim kniaź pojął, iż ci co z lasu na drogę wychodzą to nie jego powracający woje, oznajmiający mu tryumf, jako sądził, ale nasze szeregi, drogę odwrotu miał już zamkniętą. Zrozumiał tedy że przegrał tę bitwę. Jednak o litość nie prosząc, okrążony i osamotniony, samotrzeć walczył jako żbik nim padł wreszcie na koniec jako ostatni. Tak to Pan Bóg pysznych nędznie rozprasza a grzeszników na zatracenie wydaje. Co tam dalej z nim było, nie wiedzieliśmy, czy li ducha wyzionął, czy li go ocaleli zbóje jego ze sobą zabrali, albowiem choć zwycięstwo odnieśliśmy niewątpliwe, ledwo zdołaliśmy o swoich rannych się zatroszczyć, mimo nocnej ciemności z pola ich zebrać i opatrzyć, wszyscyśmy bowiem, we krwi swojej i wrogów zbroczeni, ledwie na nogach się utrzymać potrafili. Rusinów zaś pozostawiliśmy tam, gdzie który padł, uciekających niedobitków takoż nie mając siły ścigać. Pochówkiem tych, którzy skonali, zajęły się tedy stada wilków wygłodniałych, które całą noc wokół obozu krążyły.

Rankiem jednak gdyśmy zwlekli się z posłania mimo ran i potłuczeń, Kumanów już wśród nas nie było, jakoby rozpłynęli się we mgle porannej. Tedy dzięki Bogu złożywszy za owych nieoczekiwanych sprzymierzeńców, których widno nam święty Bruno cudownie ku pomocy przysłał, poczęliśmy powoli obóz i pobojowisko ogarniać, gdzie wszystko było w nieładzie porozrzucane i połamane po nocnym boju, zaś pan Krzysztof znów się do namiotu templariuszy na radę wraz z komandorami zakonników udał by zdecydować co nam dalej czynić, jednak bez pana Andrzeja, który niegroźnie acz boleśnie strzałą w prawicę był ranion i któremu cyrulik opatrunki właśnie zmieniał.

Wszelako w tym miejscu opowieści, gdzie cała przygoda nasza zda się już ku rychłemu końcowi zmierzać, czas nadszedł na najprzykrzejsze i równie nieoczekiwane zdarzenie. Tak w życiu bywa, że gdy człek z najtrudniejszych, zda się, obieży, cało wyjdzie, i pewien jest że najgorsze przeciwności ostawił za sobą, niespodzianie los zaskakuje go może jeszcze cięższym terminem. Tak też na pana Krzysztofa spadło naraz niespodziane brzemię decyzji, od której znów zawisło na jednej szali nasze życie, na drugiej zaś - jego honor rycerski i dobre imię. Oto bowiem gdy tylko znalazł się w namiocie zakonnym, nim rozpoczęto naradę by zdecydować w jakim porządku do kaplicy świętego Bruno mamy wyruszyć i kto dla opieki nad rannymi pozostanie, tamci poprosili go by wpierw wysłuchał tego co mu mają oznajmić, dając znać że o jakowyś sekret idzie. Tak więc pan Krzysztof odprawił giermka i sam do namiotu narad wrócił. Tam zaś, z tego co zasię później do uszu naszych doszło, komandorzy zdradzili mu, iż nie tylko dla obrony przed pogaństwem a zbójcami ich ku nam książę biskup krakowski posłał, ale bardziej po to aby nasze kroki śledzić, wyraźnie im przykazując by pątników z Mazowsza do świętego miejsca nie dopuścili, a jeśli nie zdołają tego uczynić samym postrachem, tedy mają nas zatrzymać siłą. Nie tajnym nam wprawdzie było, że Gedko i Wincenty serdecznie się nie miłują, odkąd naszego księcia biskupa wielebny Wincenty w sporze o stolec krakowski wyprzedził, a i miarkowaliśmy to, że nasz lud, po części polski a po części ruski, słabo znający prawdy wiary a mszalną łacinę wcale, zaś czasem, bywało, i ku czci dawnym bożętom obiaty składający, dalekiemu i uczonemu księciu biskupowi krakowskiemu zdawać się musiał mało lepszy od Prusów i nieledwie za pogan a heretyków był uważany, a jeszcze i to prawda, że nasz książę Konrad dla swej gwałtowności bardzo dostojnikom Kościoła za skórę był zalazł - jednakże nie spodziewaliśmy się aż tak przykrego przyjęcia. Może też i insze na tym zaważyły względy, których wszakże nie znamy, z polityką książęcą związane - trudno to dziś orzec - dość że stało się tak, jak się stało.

Długo się tedy namyślał nasz pan Krzysztof co mu czynić wypada, choć bowiem rzekli mu i to komandorzy, że walcząc z nami wczoraj ramię w ramię nie pragną przeciw nam miecza podnosić, a i poznawszy nas bliżej pojęli, iż niesłusznie nas książę biskup Wincenty ocenił, bo pobożność nasza prawą jest i szczerą, choć może prostacką się zdawać, wszelako dodali i to, iż złożonego swemu biskupowi przyrzeczenia złamać nie mogą, tedy proszą nas byśmy własnowolnie od dalszej peregrynacyi odstąpili. Przeto choć z ciężkim sercem, zgodził się pan Krzysztof na te conditia, choć wiedział że w ten sposób książęcego rozkazania nie wykona i na niełaskę popędliwego władcy się narazić może, a wielu łacno jego decyzję za słabość poczyta, co dla prawego rycerza największą jawi się hańbą.

O tym, co zaszło jednak na razie ni pary z gęby nie puścił aby tumult w obozie przeciwko zakonnym rycerzom nie powstał i naonczas niceśmy o tych niecnych zamiarach ni o rozterce szlachetnego Krzysztofa nie wiedzieli, później się to dopiero wydało. Ku nam powróciwszy, to nam jeno oznajmił, iż dla wielkich trudności dalszego marszu oraz dla mnóstwa słabych i rannych w obozie, on w dalszą pielgrzymów pąć nie poprowadzi, miast czego czemprędzej po wozy do grodu posłać kazał by podwodę zapewnić tym co iść o własnych siłach byli niezdolni, a karczmarzowej z własnej kiesy gotowizną zapłaciwszy przykazał jamy opróżnić i kury pobić wszystkie a pożywny posiłek im przygotować i wszelakie inne takoż mieć o nich staranie.

Zakonni zaś, wziąwszy swoich, prócz najciężej rannych, których w karczmie ostawili by ich w drodze powrotnej zabrać, zwinęli obóz i do południa ku grobowi świętego Bruno się udali, rozstając się z nami jeśli nie w przyjaźni, to w każdym razie w zgodzie i pokoju.

Choć obawiali się niektórzy, że święty Bruno z Kwerfurtu, naszą absencją u jego grobu tak zlekce ważony, błogosławieństwa nam umknie i na niebezpieczeństwo się tym samym wystawim, obawy nasze na całe szczęście bezpodstawne się okazały, ani bowiem żadna zła przygoda już nam się w drodze powrotnej nie zdarzyła, ani z rannych nikt żywota nie stradał, a wszyscy do zdrowia i sił szybko powrócili. Tak samo i książę pan nasz, Konrad, gdyśmy do stolicy jego przy najbliższej okazji zawitali, relacji pana Krzysztofa wysłuchawszy, który mu wszystko jako ojcu wyznał, nie zganił go i nie ukarał, lecz owszem, za roztropność pochwalił, a całą złość swoją przeciw małopolskim statystom obrócił, którzy szczerze na nią zasłużyli.

Tak to Bóg Wszechmocny przez ostatnie wydarzenia potwierdził, że mądrze pan nasz postąpił, rozlewowi krwi bratniej gdy zapobiegł, a choć ziemskiego celu tym razem nie doszedł, przecie w niebie skarb tym sobie zdobył a nam przykład dał, jako się pan o swoich ludzi troszczyć powinien, za co go właśnie całym sercem miłujemy i bardziej ważymy niżeli za same przewagi w polu rycerskim orężem dokonane.

Tak się tedy zakończyła pąć mazowiecka Anno Domini MCCXI a z nią szlachetnego pana Krzysztofa i nasza przygoda.

Jędrzej z Żelkowa