a.d. 1211

List brata Krzysztofa do Wilhelma:

DE peregrinatio in Mazovia Anno Domini MCCXI
Non nobis Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloriam!
Do rąk własnych świętobliwego i kochanego przez nas brata,a w dobroci Jezusa
Chrysta mistrza naszego Wilhelma Chartres - sprawującego pieczę nad Zakonem
Ubogich Rycerzy Chrystusa.

Razem tedy z Piotrem Grzymałą i jego nielicznym orszakiem,My w sile braci - Jarosława i Tomasza i Krzysztofa, a fratres servientes armigerii 9 człeka i kilku servients famuli et officii do pomocy wziętych na dzikie Mazowsze wyruszyli,a ku miejscu spoczynku św. Brunona z Kwerfurtu się udaliśmy. Los tedy zaprowadził nas i ręka Pana Naszego na ziemię Konrada Mazowieckim zwanego od ziem przez niego posiadanych,wojownika i chrześcijana ponoć przykładnego, a i ludziom wiary przyjaznego Jak fałszywy i odstępny to wizerunek tego zdradliwego władcy nam przedstawiono - zaraz sam się objawi i Tobie Wilhelmie drogi memu sercu Panie okażę. Samego księcia nie dane nam ujrzeć było, wszak zdradliwy to człowiek i pełen pewnie obaw wszelakich,tedy na nasze spotkanie niejakiego Krzysztofa z Łomżyńca z kilkoma lekkozbrojnymi posłał. Kiedyśmy więc na miejsce przybyli, do karczmy na rozdrożu, do niedaleko rozbitego obozu pielgrzymów pokierowani zostaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu, o ile radość na twarzy onego Krzysztofa się pojawiła gdy Piotra, przyjaciela naszego i dobroczyńce – Grzymałe obaczył, spochmurniał natychmiast gdy gromada zbrojnych krzyżowców do obozu wkroczyła. Tedy aby Panu na Łomżyńcu zbyt nie wadzić własny obóz rozbiliśmy, natychmiast też straże wystawili, a i na przeszpiegi kilku ludzi wysłali.

Zlecając przygotowanie posiłku, do obozu pielgrzymów udać się postanowiłem, a i z Piotrem Grzymałą naradzić się czas nadszedł,k u zdziwieniu wielkiemu zauważyłem, że obóz pielgrzymów – cała ta masa ludu także do grobu Bruna się kierować chciała – zupełnie zabezpieczony nie został, a mężów zbrojnych wśród nich niewielu się pokazywało. Napotkawszy Bogute niejakiego i kilku joannickich psów, powróciłem do swoich aby uprzedzić i przygotowania na noc niepewną poczynić. Niespodziewanie, gdy łuna już gasła na niebie woje jacyś ku nam się podkradli i siłą wielką uderzyli. Odparci wszelako, szkód trochę poczynili, pogasili ogniska, pielgrzymów srodze poturbowali, a i jakieś dobra porabowali. W rozmowie z Krzysztofem zaufanym Konrada, jego doradcami, Piotrem przyjacielem naszym Grzymałą i czarnymi jak robaki joannitami na czele z tym ich Bogutą, co bardziej saracena z urody niż prawdziwego chrześcijana przypominał dowiedzieliśmy się,że to ludzie ruskiego księcia byli – Jaromirem zwanego, chrześcijanina ponoć co z poganami razem paktuje. Ot i te Mazowsze i tacy chrześcijanie tutaj. Srodze to nas zdziwiło. Zarządziliśmy wtedy, że zamiast modlitwy na jutrznie w las się wyprawimy aby owych rusinów odnaleźć i odwet wziąć na wiarołomcach. Przed świtaniem wtedy całą siłą ludzi naszych i Boguty i jego towarzyszy w nieznane wyruszyliśmy. Niestety nikt z przybocznych mazowieckiego pana, z nami w bój nie ruszył. Dziwnym nam to się wydało, lecz szybko o tym zapomnieliśmy, trud wszelaki nas w tych dzikich ostępach czekał. Po wielu godzinach poszukiwań,tropów fałszywych natknęliśmy się na mały obóz tartari – plugawy ten naród i w te strony już dotarł, szybko jednak na chwałę pana owych bezbożnych pogan w piekielne czeluście za pomocą ognie i miecza wysłaliśmy. Zadziwił nas wtedy Boguta, ów wymieniony wcześniej joannita ,pierwszy do walki ruszył i ran nawet kilka od ciosów poniósł.. W drodze powrotnej jeden z naszych serwientów, brat Przemysław z leśnych chaszczy kobietę jakowąś, dziwnie ubraną, w łuk uzbrojoną i strzały, wyciągnął. Szybko na postronek wzięta została i razem z nami do obozu powróciła.

Na spytanie wzięta, w dyby zakuta szybko przyznała, że oblubienicą księcia ruskiego jest. A sztuczek rożnych i przekupstwa próbowała,my jednak wierni regule naszej,kobiet unikać nawykli,wiary jej nie daliśmy i na dalsze tortury ją dać zamierzali,kiedy w to wszystko Krzysztof ów Pan na Łomżyńcu się wmieszał i uwolnić ją nakazał,wypuścił wolno,jakoby na przekór nam czyniąc. W poszanowaniu mając ,że jego to ziemie strasznie owym postępkiem zadziwieni zostaliśmy. Brat Tomasz nawet do powrotu zaczął nawoływać,szybko do poprawy przywołany został i na bok się udał pokutę w postaci ojczenasz w ilości stu odmówić musiał. Przygotowania do wyprawy zaczęliśmy ,a sprzęt wojenny czyścić i ostrzyć na nowo w
ciszy i skupieniu nakazałem. W samoszóst do karczmy udać się postanowiłem, aby zasoby w wodę uzupełnić, a i języka jakiegoś zasięgnąć. Gdy do owego przybytku nadeszliśmy, Krzysztofa z Łomżyńca w dobre rozmawiającego z tartarami ujrzeliśmy. Szybko w oczy się nie rzucając do obozu odeszliśmy ,tym bardziej ostrożnymi być postanowiliśmy,czającą się tu wszędzie zdradę jak wąż w rajskim ogrodzie,przeczuwając. Ledwo do obozu powrociwszy natychmiast zauważyliśmy ,że ludzie ku nam się jacyś zbliżają. Okazało się szczęśliwie,że to pewnie zrozumiawszy swój błąd i grzech,ludzie ruscy i Jaromir sam na ich czele pertraktować przybyli. Niestety zadufany Krzysztof z Mazowsza,gadać zbytnio z nimi nie chciał,nas niby do rozmowy zaprosiwszy ,głosu zabrać nie pozwolił,a posłów zelżył straszliwie i w koniec z obozu przepędzić kazał. Dziwował się strasznie temu zaufany nasz Piotr dobrodziej z rodu Grzymała,a i na twarzy Boguty złość się malowała. Piotr tłumaczył onego,że ród ruski krzywd strasznych rodzinie Krzysztofa zadał i śmiertelnym jest on ich wrogiem. Jakiekolwiek to było dobrodzieja naszego tłumaczenie wiary mu nie daliśmy,wiedząc,że z pogany siedzi ów Krzysztof i rozmowy prowadzi,a lud chrześcijański,nawet jeżeli błądzi,zamiast na drogę Pana naszego wprowadzić,precz każe przeganiać. Dziwny to człek. Aby jednak pochmurnymi myśli głów nie zaprzątać,wespół z resztą zbrojnych obóz postanowiliśmy obwarować,pniami ściętymi otoczyć,a na wysokość małej palisady zasieki poczynić. Tako i nam zeszło do południa owo obwarowywanie,ku zdziwieniu panów mazowieckich i ich służby i zbrojnych wszelakich,a i pielgrzymów radości. Zarządzono tedy dnia ostatniego tygodnia tj soboty,aby razem z całym tym tłumem na pochód ku grobu św. Brunona się udać,na trudy i niebezpieczeństwa nie zważając,a nielicznym wobec tej siły pątników zbrojnym piecze nad wszystkim trzymać. Na przodzie tedy my Ubodzy Rycerze Chrystusa,prowadzeni w nieznane ostępy przez Krzysztofa z Łomżyńca,na tyle zaś gdzie zawsze ich miejsce- joannity i reszta lekkozbrojnych,całe te mrowie pielgrzymów osłaniająca... Nie dane nam było jednak dotrzeć do grobu męczennika-dzicz ta ruska zasieki porobiła,a drzewa zawalone na drodze zostawiając,a przesieki robiąc,a w końcu zasadzając się na nas z trzech stron uderzyła...sromotnie pobici zostaliśmy,zmuszeni aby chronić tych co w las uciekli,cały czas walczyć i spoglądając na wszystkie strony leśnych ostępów wycofać się zmuszeni zostaliśmy...Wstyd i hańba to dla nas Zakonnych z polu boju ustępować,ale z uwagi na życie tych niewinnych pielgrzymów,dopuściliśmy się grzechu tego,ocalając w ten sposób wiele żyć i dusz dobrych chrześcijan....Non nobis Domine....Wszelako tracąc kilku ludzi,a kilku rannych biorąc ze sobą,zaczailiśmy się niedaleko onego miejsca pogromu, aby siły zgromadzić i przeklętnikow owych jednak zaatakować. Natenczas okazało się,że służbę kuchenną nam w niewole owi rusini pobrali,serwienta Szymona pojmali,a daleko ze sobą uprowadzili... Z Bogutą wspomnianym, najsamprzód rannych i tych co ocaleli pod eskortą do obozu odesłaliśmy,a w las tropem ludzi Jaromira iść postanowili.....W ten czas to pojawił się nasz serwient Szymon z kilkoma ludu, co zbiec z niewoli i rusińskiej im się udało,jakaż radość nasza szybko w rozpacz została zmieniona,kiedy to okazało się,że obóz wroga nie dosyć,że niedaleko,to jednak wojska w nim co niemiara i iść tam jedynie na zgubę ,tylko a żadnego z tego pożytku by nie było....Szybko tedy zbierając rozpiechrzniętych pątników,marszem bez przerw do obozowiska zamierzyliśmy,a docierając tam umocnienia wszelakie poprawiając i wzmocnić należycie dopilnować nakazalismy. Wtedy też od ludzi Pana na Łomżyńcu dowiedzieli się,że On sam w niewole popadł, uprowadzony przez Jaromirowych wojów został...Ku kolejnemu naszemu zdziwienie,poniedługo wrócił on cały i zdrów do obozu,ponoć na rycerskie słowo zwolniony ostał.....Zadziwił znów nas niepomiernie to,że ów Jaromir takim szlachetnym czynem się wykazał,bez wykupu takiego znacznego rycerza puszczając....Na myśl od razu jednak przyszła,że kiedyś saladyn tak króla Gwidona zwolnił,jedynie po to by ten ferment i nieporządek wśród swoich czynił,a na zatracenie krzyżowców poprowadził.....Zanim słońce zeszło za las,nadbiegli zwiadowcy,oznajmując,iż nieprzyjaciel nadchodzi. Siłą całą na nas uderzyli,rozbijając się Jadnak na umocnieniach ,próbowali zajść nas z jednej strony. Jednak tam brat Adalbert,ze śląskiej Komandorii,umiłowany nasz brat,wojownik znakomity,który wesparł nas swoimi zbrojnymi i do pocztu Grzymały dopiero co dołączył srogo ich w lesie wybił,a pewnie w dużej mierze tym postępkiem szalę zwycięstwa na naszą stronę przechylił...pobici jaromirowi uszli w las, a do naszego obozu weszli tartarii już wspominani,którzy według słów ludzi mazowieckich na odsiecz nam przybyli,ku naszej niepojętej zgrozie na oczach całego obozu dobrze przywitani zostali. Jako jakichś płowców, połowców ich zwali-kto by jednak spamiętał te diabelskie imiona, wygląd straszny mieli,a łuki każdy,chanowymi posłańcami się mienili...Zgroza nas opanowała kiedy oznajmiono,że teraz ramię w ramię mamy walczyć naprzeciw tych rusów,a w jednym obozie spać razem i jeść na dodatek....Na naradę tedy z Panem Krzysztofem, Bogutą i jego ludźmi,a Piotrem naszym dobrodziejem i przyjacielem jedynym,się udaliśmy. Na nic nasze słowa były by z poganinami się nie bratać,że nieszczęście tylko jakie z tego wyniknie,że Jezu Chryste tego nie pochwali-powiernik Konrada stwierdził, że to jego ziemia,jego goście,a nam nic ku temu. Szanując Pana na Łomżyńcu jako seniora i gospodarza ustąpić musieliśmy,a przyklask jego słowom dali ci wiarołomcy od Boguty,tłumaczenia o onych poganach popierając,że lud to przyjazny i pomocny,a nie pierwszy to raz joannicka zdrada podważyła słowa naszego Zakonu. Biada nam kiedy brat chrześcijański z poganami się zmawia,a drugiego chrześcijana rady dobrej nie posłucha......Dając tedy rozkazy aby baczenie mieli nasi serwienci na one przybłędy w czapach spiczastych, nakazałem aby ludzie do boju się szykowali ,bo z lasu chmara wojów wyległa i widać było,że znowu to książę Jaromir ich prowadzi. Zaatakowali straszliwie,pomni jeszcze chyba niedawnej klęski. Bój rozgorzał straszny,nikogo nie szczędzono,a i o litość żadną nie proszono...Poległ książę Jaromir ponoć,poległo wielu wojów jego..poległo kilku naszych serwietów,a brat Przemysław znowu ranę straszną odniósł,ku chwale Pana swoje cierpienie skierował....Nie wdarli się Rusini do obozu,a odparci i w zasadzkę wzięci-ukryci wcześniej lekkozbrojni z chaszczów wyskoczyli na ich tyły i zamęt straszny w ich szeregach zrobili ,a wybili ich tam strasznie po całej polanie trupy ścieląc. Zmrok już straszny zapadł,tedy zaniechając już pościgu za uciekającymi,zabraliśmy z pola rannych i ubitych,a i kilku w niewole złapanych rusinow ,do obozu wrociliśmy. Stada wygłodniałych wilków nagle się pojawiły ,padliną się zajęły,a co odważniejsze do obozu się podkradły-jadnak ogniem i strzałami z kusz,łuków poranione w mrok do leżących ciał,na upiorną ucztę powróciły...

Rankiem kiedym ledwo zwlekli się z posłania,owych pomocnych nam pogan już nie było nie dość,że uszli to jeszcze jeńców naszych ze sobą pobrali ,a podobno i kilku pątników gdzieś poginęło,nie wiadomo czy w zamęcie bitwy strasznym polegli czy przez te plugawe stworzenia do piekła porwani zostali...Taki to oto skutek ufność w pogany składać... Wtedy szybko naradę zwołać nakazałem,a do namiotu Bogutę, Pana Krzysztofa i naszego umiłowanego w Chrystusie Panu dobroczyńce Piotra Grzymałe zaprosiłem. Wczesniej ze swoimi naradziwszy się, postanowiłem dalej do grobu św. Brunona się udać jedynie z Zakonnymi, bo zdarzenia te wszelkie upewniły nas, że w tym zdradzieckim kraju gdzie rycerz z poganami na chrzczonych staje,a za nic ma Obrońców Wiary Prawdziwej,a posłuchu Krzyżowcowi nie daje,kierując się jeno rozkazami swego seniora,prywatą czy swoimi jeno myślami zajęty Ad maiorem Dei gloriam /Dla większej chwały Bożej/nic nie zamierza czynić ,tedy nasza obecność przy owym człeku nam nie przystoi,a i chwały żadnej nie przyniesie Zbawcy naszemu....Ku zdziwieniu memu-Pan na Łomżyńcu jakieś skargi ku nam - Ubogim Rycerzom Chrystusa podniósł,że my od Wincentego biskupa krakowskiego nasłani zostaliśmy, że na przeszpiegi do ziemi Konrada przybyliśmy,aby pątników z ziemi Mazowieckiej do grobu nie dopuścić,jak nie podstępem to siłą to uczynić...Wszystkim tym słowom towarzyszył skryba Krzysztofa niejaki Jędrzej z Żelkowa,sługa Gedka co z biskupem krakowskim zbytnio się nie miłują,odkąd to Wincenty na stolec krakowski ,wyprzedzając onego Gedka,zasiadł. Widno zaufanym doradcą Krzysztofa ów Jędrzej był,bo ten tylko jego słowom zawierzał,na nic nasze tłumaczenie było,że my jako Zakon jedynie pod Papieża podlegamy,a żadne interesy biskupie nas zwyczajnie nie obchodzą. Admoneri bonus gaudet /Dobry człowiek z radością przyjmuje napomnienia /, jednak tutaj afront straszny nam jako Zakonowi uczynił,oskarżając nas i obrażając na podstawie skryby jakiegoś podpowiedzi. Nie zamierzając dalej w obozie na ziemi Pana Krzysztofa przebywać,a ku grobowi świętego jednak pójść postanowiłem. Podziękowaliśmy tedy Panu na Łomżyńcu za gościnę,na co ten uskoczył jak wodą święconą rażony i ciskając przekleństwa w naszą stronę ze swoim zdradliwym pisarczykiem do swojego namiotu się pokierował...Pożegnawszy się wtedy z Bogutą,który jednak przy Panu Krzysztofie pozostać miał,a rannych dopilnować i chronićze swoimi zbrojnymi, nadal te rzesze pielgrzymów zalegających obozowisko postanowił,a i z serdecznym przyjacielem naszym Piotrem Grzymałą takowoż,który jeszcze na dwór księcia Konrada z jakąś misją się kierował,zarządziłem wymarsz. Piotr żegnając nas ostatnimi słowami, zdarzenie jakie między nami zaszło tłumaczył tym,że lud tutaj zamieszkujący słabo jeszcze naszą wiarę znający,a łacinę wcale,podatny bardzo na popędliwe działania księcia Konrada,w bojaźni przed nim i obcymi żyjący,zdradliwym może się wydawać,ale to wszystko z ostrożności i takowoż Pan Krzysztof,wojownik znakomity i rycerz honorowy ,niestety pod presją Konrada i jego zauszników często trudne decyzje podejmować musi. Uśmiechnięty,szczerze nas żegnał Piotr,obdarowując jeszcze na drogę zapasami i kilkoma sakiewkami na rzecz naszej nowo powstałej komandorii,za dusze wszystkich poległych sług Zakonu modlić się żarliwie obiecał,a wspierać nas swoimi darowiznami w przyszłości zapewniał.

Wtedy z całym taborem ruszyliśmy w dalszą drogę,rannych jeszcze w karczmie ulokowaliśmy,gdyż podróż dalsza byłaby dla nich śmiertelną ,a nas spowalniać by tylko mogli. Ostawiając z nimi brata Tomasza z kilkoma zbrojnymi ,w drodze powrotnej postanowiłem ich zabrać. Takowoż wyglądały te zdarzenia na ziemi Mazowieckiej,dziwna to kraina i ludzie w niej mieszkający,chciałoby się rzec Cuius regio, eius religio/ Czyj kraj, tego religia /,a czyj to kraj?
Zdawać by się mogło,że mało lepszy to lud od Prusów,heretycki,a pogański,jednak bitny strasznie,wokół wrogów samych mający,a i w samym środku żmija pełza i serce zatruwa,skoro do nikogo ufności nie ma,a i sacrum Krzyżowca nie poszanuje. Desipere est iuris gentium /Prawem ludzi jest głupota /,jednak to straszny przykład jeżeli ona idzie od samej władzy.

Cierpkimi tedy słowami mój list drogi sercu memu bracie Wilhelmie zakończę,a po szczęśliwym powrocie z grobu świętego Brunona z Kwerfurtu,osobnym listem Ciebie powiadomię,w ręce opatrzności los swój i reszty braci składając,w dalszą drogę natenczas wyruszam......

Deus vult/Bóg tak chce/.
brat Christoph