a.d. 1212

O oblężeniu czerskiego zamku oczami skryby z Łomżyńca

W miesiącu marcu następnego roku pan Gotard ze Słuszewa, wezwany przez księcia Konrada by ściągnąć wraz z ludźmi do czerskiego grodu, umyślnego do Łomszy do pana Krzyśka przysłał, sam zaś nie mieszkając przodem ruszył by wszystko tak jak trzeba zarządzić. Znów tedy do marszu się sposobić przyszło, ledwie po długich deszczach dających się nam tej wiosny mocno we znaki drogi przeschły a brody stały się przejezdnymi. Razem z nami znad północnej granicy Mazowsza pospieszyli wojowie ze strażnic kasztelanii wiskiej i całego wiecznie niespokojnego pruskiego pogranicza - Mazowszanie i obcy, wszyscy, którzy z jakichś powodów obowiązani byli do niewdzięcznej a niebezpiecznej służby przy obronie ziem księcia przed hordami pogańskich Prusów i Jaćwięgów. Jechaliśmy tedy śladem pana Gotarda, o dzień drogi za nim, klucząc po folwarkach i zabierając na wozy spyżę i worki z paszą, przygotowane przez włodarzy na jego polecenie.

Przeprawiwszy się z tym wszystkim nie bez trudu przez szeroko wciąż jeszcze rozlaną Wisłę brodem u grodu w Jazdowie, spotkaliśmy się tam z panem Gotardem, który oczekiwał nas z pozostałą częścią rycerstwa mazowieckiego, przybyłego z innych stron dziedziny. Sądzilismy że w tym miejscu przynajmniej do dnia pozostaniemy odpoczywając po przeprawie, jednak nim się skończył przegląd chorągwi, znalazł nas goniec książęcy, przez usta którego książę zawiadamiał iż powziął wieści o wejściu zastępu henrykowych zbrojnych w granice księstwa szlakiem wiślanym. Gdy zaś oni naprzeciw nam z południa ciągnęli w jak najgorszych zamiarach, nam książę nakazał nie mieszkając ku Czerskowi podążać, gdyż czas iście naglił. Słyszeliśmy bowiem i my, iż nieprzyjaciel pod Sandomierzem szkuty nasze w znacznej liczbie zajął, a gdyby chciał na nie wojsko załadować i wezbraną Wisłą spławić, mógłby niespodziewanym desantem podgrodzie przed naszym przybyciem zająć, zamek oblec a tak szkody księciu poczynić. Razem z panem Gotardem i pod jego znakiem tedy ruszyliśmy zaraz ku książęcej stolicy, by na czas drogę mu zabiec a jeśli czasu na to nie stanie, gotowi wywrzeć pomstę na onym psie śląskim i jego poplecznikach.

Szczęśliwie komes, który zastępom Henryka przewodził, ostrożnie sobie poczynał, a przy tym jakowychś łotrzyków na przeszpiegi ku nam posławszy, których dopiero poniewczasie poznaliśmy być szpiegami jego, zwiedział się o naszym rychłym przybyciu, jako i o wielu szlachty z południowych ziem Mazowsza którzy już pierwej na zamek dotarli. Ci właśnie, wzdłuż nadrzecznych łąk obozujący, desantowi łacno wstręt czynić by mogli, że zaś dla rwącego nurtu łodzie musiałyby wielkim wysiłkiem wioślarzy do brzegu dobijać, lądując z trudem i daleko jedna od drugiej, łacno mógłby tym sposobem wojsko wytracić. To pojąwszy, łodzi poniechał i chorągwi swych nie rozdzielając na noc w dogodnym miejscu się zatrzymał, o czym zwiadowcy księciu później donieśli. My zasię nic o tym nie wiedzący, ostatkiem sił ku stolicy-śmy forsownym marszem bieżeli.

Tak przeto bez dalszych przeszkód przybyliśmy po całej ciężkiej nocy na czerski zamek i ze świtaniem w jego wały zostaliśmy wpuszczeni. Zatoczywszy pospiesznie na majdan wozy z całym zaopatrzeniem odetchnęliśmy z ulgą, nad wyraz zdrożeni lecz kontenci bo i sami do czasu bezpieczni i przyjaciół naszych takoż bezpiecznymi na grodzie zastając.

Dowódców naszych, panów Gotarda i Krzyśka wraz z innymi grododzierżcami książę pan zaraz na komnaty dla rady wezwał, my zaś, skoro tylko wieści do nas dotarły iż nieprzyjaciele nasi najwcześniej pod wieczór nadejść zdołają, namioty we wskazanym nam miejscu rozbiwszy po większej części legliśmy w nich by choć nieco odpoczynku zaznać, mając na to czas aż do nieszporu, jako że zamek zastaliśmy opatrzonym i gotowym do obrony tedy roboty pilnej nie było, przyszło jeno czekać.

Gdy tylko mnisi vespera odśpiewali i ksiądz mszą zakończył, straże na wieży okrzyknęły nieprzyjaciela, tedy poczęliśmy się do broni sposobić, a nasadziwszy hełmy i chwyciwszy oręż wspięliśmy się kto mógł na wały popatrzeć jak zbliżają się wrogowie księcia naszego Konrada, którzy we mgle wieczornej skryci podeszli już na strzał z kuszy, wpierw rycerze z proporcami i wielką chorągwią henrykową a dalej najemnicy maszerujący w milczeniu, dzierżący w dłoniach pochodnie, za którymi szły wozy z wszelkim dobytkiem.

Przybyli oni w kupie tak wielkiej że okrążywszy wkoło wały i fosę, poczęli rozbijać obóz pod zamkiem i przygotowywać się do oblężenia. Przybyły liczne ich zastępy, chorągwie ciężkozbrojnego rycerstwa z Ziemi Krakowskiej i Sandomierskiej, którymi dowodził pan Sławko z Tarnowa, słynący z waleczności, a także lekkozbrojni najemnicy prowadzeni do boju przez Tomasza z Lublina. Mieli oni takoż machiny oblężnicze, które wodą spławili na onych szkutach, do złożenia przygotowane, a które wielkim strachem napełniały serca załogi. Książę Konrad zaś, sam we zbroi z misternych łusek, bogatym płaszczu i hełmie pozłacanym, skoro swoją załogą i zebranymi milites wieże i wały obsadził, swym wiernym rycerzom, Krzyśkowi z Łomszy oraz Gotardowi ze Słuszewa przykazał, aby dowodząc tymi, co na majdanie ostali, przygotowali się do obrony. Wśród mazowieckich oddziałów walczyli tedy przyboczni z pocztu Krzyśka z Łomszy - Paweł de Sdbicovo, Krzyśko z Chomiczowa i Tomasz ze Śląska, a także przyboczni rycerza Gotarda. Po stronie księcia Konrada stanął także znamienity rycerz ze Śląska, Piotr z rodu Grzymałów, wraz ze swą chorągwią. Wielu powiadało że poróżnił się on ze śląskim księciem Henrykiem Brodatym i postanowił wspomóc naszego księcia, inni szemrali zaś że skuszony został złotem. Jakie kierowały motywy Piotrem, nikt z nas dowiedzieć się nie zdołał, przecie przeciwko swoim pobratymcom stanął, a przy tym prócz swoich przybocznych sprowadził on także silny oddział rycerzy Zakonu Świątyni, którym to skoligacone z nim rody podarowały ziemie pod budowę nowych komandorii.

Stawiły się także liczne oddziały rycerzy z innych pomniejszych zakonów, a także, ku ich zdziwieniu i zgorszeniu, ziomkowie naszej księżnej pani przywiedli zastęp pogańskich wojowników z ziem leżących poza Rusią, a byli to przedni łucznicy. A choć mówiono iż przybyli z chęci by panią Agafię bronić, po prawdzie za złoto walczyli, na które ten lud, jako wszyscy saraceni, okrutnie łasy. Dla ich psiej wiary ustawiono ich na wałach i pośród częstokołu, ramię w ramię z ciurami, z dala zaś od rycerstwa, aby zakonnym w oczy nie leźli i do jakowych zatargów nie prowokowali. Odesławszy swe wierzchowce stanęli tedy gdzie im kazano szczerząc do siebie zęby w dzikim uśmiechu i wykrzykując lub śpiewając co raz to w nieznanej nikomu prócz swych przewodników, przykrej dla uszu naszych mowie.

Ci właśnie na rozkaz księcia rozpoczęli bitwę. Gdy bowiem książę pan ujrzał że nieprzyjaciele w swej hardości pod sam zamek podeszli i rozpaliwszy ognisk kilka w zbytniej bliskości wałów obozowisko nieopatrznie z przyczyny mgły i ciemności stawiać poczęli, mając tedy swe wojsko sprawione a za bramą przyczajone i do wycieczki gotowe, świtu nie myśląc czekać zaraz dał umówiony sygnał łucznikom, ci zaś ostrzeliwać poczęli płonącymi strzałami obóz wroga, zamieszanie czyniąc tym okrutne. Zaskoczenie Małopolan było wielkie a dowodnie okazało, iż pan Sławko nie spodziewał się takiego spraw obrotu, chciał bowiem wprzódy dać zdrożonemu wojsku odpocząć nim do bitwy dojdzie, nie tak jednak się stało.

Z początku łucznicy strzelali prawie po ciemku, ale ogień wnet począł trawić namioty i dobytek wrogich wojsk, roztaczając krwawy blask pośród mroku nocy. Konie popłoszone lubo ranne poczęły z kwikiem rozbiegać się wokół, a wlokąc i wywracając wozy płonące jeszcze zamętu przyczyniały. Chcąc tedy wykorzystać chaos panujący wśród oblegających, pierwej nim wierzchowce połapią i szyki sprawią, póki jeno jedna linia spieszonych rycerzów krakowskich i żołdactwa pod wałami stała, za tarczami skryta przed deszczem strzał, kazał książę Konrad uczynić wypad za wały. Na sygnał dany rozwarto wrota i rycerze zakonni wypadłszy w milczeniu starli się z oddziałami pana Sławka z Tarnowa. Za nimi zaś zastępy Krzyśka z Łomszy i Gotarda ze Słuszewa ruszyły z okrzykiem do walki z wrogimi wojskami najemnymi na drugim skrzydle. Ci jednak, nader liczni a przy tym mający za plecami bagna nadrzeczne i stromą skarpę nie mieli dokąd się cofać przeto z zaciekłością stawili czoła Mazowszanom. Choć wielu padło, inni walczyli mężnie a że koniuchowie i stolarze składający machiny na wezwanie rzucili zaraz tę robotę a chwyciwszy topory i drzewca z obozu w sukurs im nadbiegli, wyczerpująca walka pośród żaru ognia i duszącego dymu nie przyniosła rozstrzygnięcia. Dwukrotnie dowódcy rozkazali wycofać się, udając że uchodzą za bramę, by naprawdę uformować szyk i uderzać ponownie, lecz krwawa walka wydawała się nie mieć końca.

Książę Konrad, nie chcąc swoich na dalsze narażać straty, widząc z wieży że trup ściele się na próżno, posłał ku nam człeka z rozkazem, by jeśli i tym razem nie uda się przerwać pierścienia oblegających, całą wycieczkę wycofać zabierając rannych i ogłuszonych, i dać wytchnienie ludziom wewnątrz wałów, pozostawiając do czasu obronę samej załodze zamku. Nieszczęśliwym trafem jednak człek ów ranion został srodze zanim do pana Gotarda lub pana Krzyśka zdołał się w bitewnym zamęcie zbliżyć i słowo książęce powtórzyć. Minęły tedy jeszcze ze trzy pacierze zaciętej rzeźby, nim książę pojął że coś się stać posłańcowi musiało i posłał ku nam innego, a ten zdołał do dowódców się przedrzeć i rozkaz przekazał.

Pan nasz Krzyśko jako doświadczony wojownik pojął zaraz, że choć rada księcia wojsko jego i pana Gotarda ocali, zarazem jednak gród na zniszczenie wystawić może. Tymczasem łucznikom saraceńskim poczęło już strzał zwolna braknąć, na zamku zaś zapasu pocisków przydatnych dla ich łuków nie było, jeno bełty do kilku kusz wałowych, a i tych szybko ubywało. A i to rozumiał, że rycerze choćby za wałami skryci bezpieczni nie będą, gdy bowiem wróg pod one wały machiny swe zatoczy i z nich kamienie a ogniste garnce na zamek ciskać pocznie, stłoczeni na dziedzińcu większe jeszcze straty ponieść mogą, a tym przykrzejsze, że nie mogąc się przed nimi ni osłonić, ni orężem godnie po rycersku odpowiedzieć.

Nie mogąc wszakże z książęcym rozkazem się spierać, postanowił pan nasz Krzyśko ostatnią tę szansę dobrze wykorzystać. Raz jeszcze mazowiecki hufiec uformował szyk. Wojownicy słysząc zagrzewające do walki okrzyki Krzyśka z Łomszy i Gotarda ze Słuszewa, wkrótce sami poczęli dodawać sobie sił i odwagi wykrzykując w stronę wrogów obelgi, zwiastujące rychły koniec ich żywota. A gdy ruszyli szarżą wbijając się klinem we wrogie szeregi, uderzenie powaliło na ziemię pierwszą linię najemników Tomasza z Lublina. I oto oddziały te poczęły ustępować pola. Gdy zasię nasi wyłom w linii uczyniwszy, na tyły się przedostali i do obozu śląskiego wpadli, szala zwycięstwa przechyliła się wreszcie na naszą stronę.

Lecz nie był to koniec bitwy. Bowiem dla straszliwego umęczenia tak długim bojem rycerze krzyśkowi nie byli w stanie dość długo ścigać cofających się w nieładzie wśród ciemności przeciwników by ich należycie rozproszyć. Jednocześnie zaś ciężkozbrojne rycerstwo Sławka z Tarnowa uderzyło na zastępy rycerzy zakonnych, broniące teraz bramy. Gdyby tych pobili i drogę powrotu wycieczce odcięli, mogliby jeszcze zwycięstwo odnieść. Nasi aż pod bramę się cofnęli, aby wroga bliżej wałów przywabić, ale pociski coraz rzadziej z wieży padały niewiele krzywdy tamtym przyczyniając. Los znów począł się ważyć a ci, którzy nie mogli swymi osobami w bitwie uczestniczyć, modlić się poczęli o ocalenie swoje i grodu, albowiem była taka chwila, że nawet o ratunku zwątpili.

Jednak dzięki Bożej pomocy a takoż surowej dyscyplinie i wprawie w wojennym rzemiośle, rycerze zakonni odparli i ten atak kładąc trupem wielu rycerzy z ziemi krakowskiej, mimo ran licznych i zmęczenia żywym murem stojąc jakoby wrośnięci w ziemię. I wówczas to w najeźdźcach duch upadł a ich armia uznawszy się za pobitą poczęła wycofywać się spod zamkowych wałów. Na nic oto się zdały szkuty i machiny, na nic przechwałki i chytrość henrykowa - pan Sławko choć sam rycerz mężny i prawy, spod bram mazowieckiej stolicy odszedł jak niepyszny, zanosząc uzurpatorowi nowinę, której wolałby nie przynieść, a ten wolałby jej nie słyszeć.

Długo jeszcze trwało pętanie rannych jeńców, zbieranie porzuconej broni i łupów. Do świtu wojownicy świętowali zwycięstwo a sam książę nie szczędził zaszczytów i nagród dla tych, którzy stanęli w jego obronie. Spośród tych, którzy wyszli bez większego szwanku, jeden pan Krzyśko tylko na uczcie nie był, gdyż z pilnym poselstwem przez księcia tejże godziny wyprawion, jeno z giermkiem wiodącym luzaka i juczną chabetę ze sprzętami, wracać musiał samowtór co koń wyskoczy, kiedy insi się bawili, wypoczywali i mniej lub więcej zasłużone odbierali laury, gdy przecie wśród wszego rycerstwa nad pana Krzyśka nie było wielu godniejszych pochwały. On jednak w swej skromności ani dbał o nagrody lecz zawsze chętnie podążał tam, gdzie go wzywał obowiązek i wierna służba swemu księciu.

Siedziba księcia naszego Konrada została tedy obroniona i tego roku nie ujrzano już na Mazowszu żadnego z obmierzłych jego nieprzyjaciół. A stało się to dzięki ofiarności i odwadze wojowników a także przemyślności i męstwu dowódców, wśród których jak zawsze nasz pan Krzyśko z Łomszy wiódł prym, nie dając się wyprzedzić nikomu - a dorównać jeno panu Gotardowi i swym najznamienitszym przyjaciołom.

Jędrzej z Żelkowa