a.d. 1212

Tropy Wiodą Przez Jurę

"... wiele zawiści, swar i knowań, było w owym czasie w Polszcze. Zdarzyło się że ludzie księciu krakowskiemu nieprzychylni, najęli zbrojne bandy aby te nękały kupców i lud prosty w tych okolicach które ze Śląskiem graniczyły. A że ziemia tam gęstymi lasy pokryta i pełna jam rozmaitych, przeto najemną hałastrę ciężko było odnaleźć. Miał też książę inne sprawy na głowie, bo ziemie ruskie nęciły jego myśli. Kiedy jednak rabusie owi rozpędzili miejscowy jarmark, stanęło porozumienie pomiędzy Leszkiem a księciem Henrykiem aby niewielki oddział krakowsko- śląski, napastników wytropił i odpór im dał. Po drodze, gdy miast wielu zwołanych, jeno garstka w potrzebie stanęła, wsparli ich w dobrym dziele bracia templariusze, którzy akurat do księcia krakowskiego zmierzali. Nie mogli oni wszak mieczy przeciw chrześcijanom dobywać, ale zbożne dzieło oczyszczenia okolicy ze zła, dyspensę niejaką im dawało, a działo się to na jesień roku 1212..."

Kroniki Jaktora ze Skarżyna

Oddział Pana mego Piotra Grzymały, wsparty oddziałem rycerzy Templariuszy, dowodzonym przez Brata Tomasza, przyległego komandorii Kujawskiej wyruszył z pod grodu w Smoleniu wczesnym rankiem 20 października roku 1212. Wsparty był przez oddział Turkopoli którzy wraz z Templariuszami przybyli z Ziemi Świętej. W ich szeregach znaleźć można było i dwóch maruderów, o oczach niczym migdały, lecz skośne one były i złowieszcze a imiona ich Aguda i Wuyashu. Za przewodnika u boku Pana mego szedł znany rycerz Małopolski, Marcin ze Śreniawy, który znając te trudne, górzyste tereny, zapewniał bezpieczną przeprawę w poszukiwaniu zbójców.
Piotr, podróżując ze swych ziem na Śląsku, przy sobie miał jeszcze w opiece Katarzynę, Panią Tomasza ze Śląska, której obiecał strzec oraz swego podkomendnego, który dużym zaufaniem u Piotra się chwalił.
Marcin, prowadził zbrojną drużynę przez leśne ostępy, to w górę to w dół, w doliny porosłe krzewami i w leśny gąszcz. Dookoła, jesienne drzewa gubiły złoto czerwone liście, a słońce, które nie zawsze o tej porze zaszczycało te ziemie świeciło jasno na bezchmurnym niebie.
Bagaże ciążyły, bowiem zabrano ekwipunek pozwalający przeżyć w gęstwinie przez kilka dni. Niesiono więc koce, skóry, kociołki oraz rozmaite kosze i tobołki, w których leżał prowiant, uzbrojenie czy woda.
Na samym początku kolumny szli zwiadowcy z łukami, którzy bacznie wypatrywali niebezpieczeństwa i przecierali szlak jaki wskazał rycerz Marcin. Pochód był zmęczony a dzień zbliżał się do południa, kiedy dotarli do skraju góry gdzie podobno ostatni raz widziano grasantów. Tam też zadeklarował Marcin postój, a zwiadowców posłano w górę aby zbadali teren. Gdy ludzie posilali się, jeden ze zwiadowców wrócił, drżącym z wysiłku głosem informując że na górze ktoś przesiaduje. Wszyscy zebrali się jak mogli najszybciej, nałożyli z powrotem pancerze, w dłoń złapano miecze, topory i ruszono w górę, zostawiając w dole Katarzynę wraz z przybocznym mego Pana oraz dwóch maruderów ze wschodu z łukami. Zbrojni na czele z mym Panem, rycerzem Marcinem i Bratem Tomaszem przedzierali się w górę, wysiłek ściskał im gardła a pakunki ciążyły. Kiedy zwiadowcy przyprowadzili ich do miejsca skąd było słychać dziwne dźwięki, zatrwożyli się, bo przed ich oczami stanęły dwa oddziały zbrojne.
Na lekkim wzniesieniu stało trzech, może czterech obcych zbrojnych, gotowych do walki, przed nimi natomiast, a nie daleko oddziału mego Pana, za krzakami majaczyła inna grupa gotowa do walki. Brat Tomasz, mający zimną krew, zakrzyczał do grupy za krzakami czy aby nie przyszli tu rozprawić się ze zbójami z góry, a jeśli tak to czy nie dołączą się do naszych sił. Tamci zgodzili się i ruszyli na nieliczną grupę zbrojnych, mając ich za straż przednią zbójów. Nie trwało to długo kiedy ostatni padł na ziemię. Wchodząc na ścieżkę prowadzącą w górę, okazało się że sprzymierzeńcem naszym stał się Lubomir z Rusi, który przywiedziony tu został przez Tomasza z Niedźwiedzia wraz ze swym oddziałem zbrojnym. Jeszcze większe zdumienie nas dosięgło gdy patrząc na pobitych ludzi, którzy zagradzali przejście a teraz byli wiązani, okazali się rycerze Kaliscy, Jaktor ze Skarżyna oraz Bolesław z Kalisza. Nie tęgie mieli miny patrząc na nasz oddział który przyczynił się do ich pobicia, choć szczęściem od Boga było że nie zabito ich, tylko lekko raniono aby wydobyć informację.
Jakotr wraz z Bolesławem powiedzieli że grasantów przegnali, tracą większość swych sił, teraz zmierzali do jaskini aby rozbić tam obóz i bezpiecznie przenocować. Lubomir wraz ze swym oddziałem, bacząc na ten kruchy i krótkotrwały sojusz, zdecydował się na fortel. Zaproponował pójście wszystkim do jaskini oraz zbadanie terenu (przybył tam bowiem słysząc o kosztownościach jakie posiadali bandyci). Wiedział że Bolesław i Jaktor, urazę mając do Piotra, Marcina i Brata Tomasza, mogą mu w tym pomóc. Kiedy więc wszyscy do jaskini już dotarli (a była ona wielka, zasłana posłaniami z kocy, starą słomą, miejscem na ognisko, oraz wszelakimi workami) sprzymierzył się z Kaliszanami i postanowił zagarnąć kosztowności dla siebie. Słudzy jego prędko pobrali co tylko się dało i zbiegli w las, wiedząc że Piotr z ludźmi będzie ich ścigać, w niedalekich ostępach przygotowali się do walki. Dużym ich atutem był bandyta wschodni, Czagabturem zwany, który sprytem się posługując, w lesie jak cień się przemieszał i z łuku, swymi pogańskimi zatrutymi strzałami szerzył pogrom wśród zbrojnych Piotra. Do Piotra dołączył się również rycerz Tomasz, który obwiniał się nieco za przyprowadzenie Rusinów do ścieżki w góry. Obie grupy spotkały się przy niedalekiej dolinie, Lubomir czekał tam już zwartą grupą. Tarczownicy przed nim tworzyli linię nie do sforsowania, za nimi włócznicy a dookoła harcownicy ze swymi łukami i Czagabtur. Rycerz Marcin zadeklarował aby tarczownicy poszli na przód a z tyłu wspomagała go broń drzewcowa. Łucznicy pilnowali kolumny zbrojnych, aby nie zagrażali im harcownicy wroga. Niedługo trzeba było czekać do momentu aż nawiązała się walka. Strzały przelatywały koło głów, miecze rąbały zaciekle a Czagabtur już kładł kolejne ofiary. Rusini mieli wielką przewagę, Lubomir wraz ze swymi ludźmi był doskonałym wojownikiem, dlatego też duch u ludzi Piotra upadł. Raniony strzałą został Brat Tomasz, koło oka go trafiła. Tylko modlitwy oraz jego żarliwa wiara spowodowały że przecięła ona jedno skórę, nie wbija się jednak. Podniesiono go na jego prośbę i mimo że zalany był krwią, dołączył do walki, jeszcze bardziej zawzięty niż wcześniej. Widząc zachowanie brata Tomasza, cała grupa zbrojna Piotra, Templariuszy oraz rycerzy Małopolskich zebrała siłę w sobie i runęła na Rusinów sprzymierzonych z Kaliszanami. Z impetem rozbito ich tarczowników, chcąc dotrzeć do Lubomira i Kaliszan. Czagabtur, raniony przez jednego z Servientów Templariuszy uciekł gdzieś w ostęp, widząc że potyczka ma zakończyć się nie po jego myśli. Szala zwycięstwa przechyliła się. Piotr ugodzony został zabłąkaną strzałą w ramię widząc jak Lubomir i jego oddział wycofują się. Widział w nim, gdzieś tam pod jego hełmem że to nie koniec. Jego zimne oczy, zaciśnięte usta wyrażały chęć krwawej zemsty. Zemsty który na pewno niebawem spadnie na Piotra i Templariuszy będących mu przychylnymi. Starcie zakończyło się, rozbito oddziały wroga i odzyskano kosztowności. Piotr nie chciał pościgu, wiedział jednak że wiele rzeczy trzeba będzie wyjaśnić, a jego wizyta na Kaliskim grodzie, nie będzie już tak spokojna jak niegdyś.
Tej nocy świętowano w jaskini zwycięstwo, na miejscu bandytów zasiedli rycerze, pijąc i opowiadając o swych czynach przy potyczce. Rozmyślano też o polityce i planach na przyszłość. Patrząc jednak w ciemność przy wejściu do jaskini, wiedziano że gdzieś tam, czai się to zło które narodziło się tego dnia i że niedługo ono, wyciągnie po nich rękę.

Kroniki Piotra z rodziny Grzymałów